50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

images

Zmusiłam się do obejrzenia, żeby uniknąć pytań, zbędnych dyskusji i komentarzy. Po książce, którą przeczytałam, z tegoż samego powodu, bo jednak wolę mieć swoje zdanie na tak „kontrowersyjny” temat jak ten (s)hit dziesięciolecia.

Spojlerów nie będzie, z resztą myślę, że spojlować nie ma co, bo nie ma czego.

Nie powiem, zajadałam się ciekawością, jak te sceny „BDSMowe” będą sfilmowane, jak ten seks, tak romantycznie-soczysto-orgazmistyczny-aczkolwiek-zupełnie-nierealny będzie pokazany, jak gra aktorska, bo przecież Grey to skomplikowane ciacho ciach, co tam, cały tort miał być! No i to niewinne idiosynkratyczne zagryzanie ust przez Anastazję, och, ach!

Zasiadam do oglądania podekscytowana.

Mija pierwsze 15 minut. Czuję odpływające podniecenie, gdybym była mężczyzną, pewnie bym to odczuła organoleptycznie.

Mija kolejne 5. Mrużę oczy w uwewnętrznionym „WTF?”.

Po 3 następnych, tak bardzo, bardzo wciąż pragnę, żeby to był dobry film.

Po minucie jednak mi przechodzi i zaczynam się brechtać, ale nie śmieszkiem wujka-zbereźnika, tylko takim prawdziwym, bo tracąc nadzieję, zdałam sobie sprawę, co mi to przypomina. Pamiętacie pornosy eNeRDowskie z lat circa about 70tych? To jest to! Wątek i gra aktorska tu mniej więcej na tym się opiera!

I już zrelaksowana (prawie) do końca seansu czyli jakieś jeszcze 105 minut chichoczę się bez opamiętania – wychodzę z kina w bukolicznym (prawie) nastroju i z bólem dupy, bo to jednak dłuuuga produkcja, szczególnie jak się zna zakończenie.

Obśmiewałabym się do dziś, gdyby nie jedna rzecz. Jakoś w lekturze, nie skupiałam się na relacji Christiana i Anastazji, bo czekałam (znając siebie) na tzw.momenty, na to jak wątek BDSMowy jest przedstawiony w mainstreamie, i żeby ewentualnie wypunktować ewidentne przekłamania, gdyby ktoś mnie o nie pytał.

Z tego względu, że sceny seksu, no powiedzmy hojnie, są nieco żałosne, to przyjrzałam się bardziej powstawaniu tzw. relacji. Z tego też względu, przez jakieś 80% filmu, siedziałam z głową odchyloną do tyłu, poziomymi zmarszczkami na czole, które u mnie naocznie symbolizują niestrawność graniczącą z obrzydzeniem. To też czułam, w przerwie na śmiech.

Może dlatego, że w książce to jednak moja osobista wyobraźnia pracowała, a tu po prostu już było wszystko na wierzchu, hyh – Grey to socjopata, który znalazł sobie dziewicę, żeby przysposobić ją sobie do swoich upodobań, nie tylko seksualnych. Kontroluje, śledzi, zmusza do jedzenia, kupuje jej ciuchy, wypełnia czas wolny, zarzuca ofertami, których bidulka nie może odrzucić, sprzedaje jej samochód bez jej pozwolenia itp. Uroczy ten Krystek, nie? Może rzeczywiście niektórym by to pasowało, ale serio? Całe to BDSM to pikuś przy traktowaniu bohaterki, która nie ma oczywiście wyboru i się w nim zakochuje. Nihil novi.

Zastanawia mnie ten ciąg do idealizowania tej toksycznej relacji, takiej biało-czarnej, takiej z bajki złej cioci. I tak, myślę, taki łatwy świat – on się boi zaufać, ona bardzo chce kochać, on chce mieć wszystko pod kontrolą, ona zrzeka się swojej, żeby być częścią jego świata, on realizuje swoją seksualność w jedynie dla siebie akceptowalny sposób, ona dopiero swoją odkrywa, badając, na oślep trochę, jej granice.

Ręce w horrorze unoszę ku niebom, bo przecież ileż takich relacji na kozetce widziałam, ba, poza nią jeszcze więcej. I to mnie boli najbardziej. Wychowane na bajkach, na mitach wielkiej miłości, w której rozmantyzm dzielony jest przez toksynę i mnożony przez dysfunkcje, tak bardzo tego mitu spełnienia potrzebujemy??? Tego mitu? Tak spełnionego? Naprawdę? I wcale nie chce mi się szukać cienkich usprawiedliwień pt: „no ale tak już jest”, „świata nie zbawisz, pogoni za miłością, jakąkolwiek, nie zatrzymasz”.

Powielanie stereotypów zawsze nam świetnie wychodzi, a wyjścia z labiryntu fałszywych, nierealnych do spełnienia przekonań, nie widać. A Hollywód daje pożywkę, a my się we wzorcach utrwalamy i utrwalać pozwalamy.

Od złej książki gorsza jest tylko jej adaptacja.

50 twarzy Greya czyli ból dupy wcale nie z seksownego powodu

Trójkąty i kwadraty

Czasem gabinety nawiedza geometria.

Bo niby przychodzą w pojedynkę, ale nie do końca. Bo jest On + 2 (w domyśle). Albo Ona + 1On + 1Ona. Albo są Oni we dwójkę + Ona (wirtualnie, niby w przeszłości). Albo Ona + On i jego 1 żona. Albo Oni na kozetce + 1 On od Niej + 1 Ona od Niego.

Pogubiliście się już? Bo ja czasem się gubię, na krótko na szczęście, wyjmuję ekierkę terapeutyczną i zaczynam mierzyć kąty. I wcale nie poliamoryczne, bo to akurat przecież w miarę łatwo idzie ustalić, kto z kim kiedy, kto w kim jak bardzo. Wszystko otwarte, przyjęte, choć społecznie niepopularne.

Ale tu o te kąty chodzi, często niewidoczne. Bo niektóre o sobie nie wiedzą, że są nagle w jakiejś figurze geometrycznej, a nie w dotychczasowym wektorze, który jak wiemy, ma dwa końce, tylko.

Mierzymy więc, patrzymy czy jest szansa na bycie w linii prostej ze sobą samym, i z którąś z tych osób. Moralność, tak szeroko znana i dyskutowana, na szczęście zostaje za drzwiami gabinetu, bo tylko by nam to mierzenie niepotrzebnie zakłócała.

Czy wybrać osobę w starym zbiorze pozostającą, czy jednak nowy jakiś tworzyć?

Czy da się wyleczyć po tym jak figura się stworzyła, i na rzutniku rzeczywistości wobec wszystkich zajaśniała – da się do wektora powrócić?

Czy godzić się na bycie tym trzecim kątem przy wektorze na zewnątrz idealnym?

Tyle i więcej tych pytań. A odpowiedzi smutne i trudne. Bo zawsze, nieodwracalnie, ktoś będzie cierpiał, kiedy już wszystkie kąty są zmierzone. Zostanie ten jeden, a czasem dwa, grzecznie gumką wytarty, tak żeby wektor wektorem pozostał, w nowej lub starej wersji.

Wytarty cierpi, wycierający jeśli nie jest psychopatą, czy w najmniejszym ilorazie, socjopatą, też, ale inaczej.

W całym tym mierzeniu nie zapomina się o dzieciach, a może właśnie czasem tak. One też cierpią, na zawsze często, i po latach, stawiają się, tak, tak, w gabinetach, ech, sami wektorów nie umiejący stworzyć, albo też pogubieni w geometrii przez siebie już przerabianej.

Ale są też takie wektory, które zjawiają się na kozetce, żeby się godnie rozstać, żeby powiedzieć sobie, że od dzisiaj stanowią punkty wolne, unoszące się pośród innych, na wtórnym rynku matrymonialnym.

Cenię to bardzo. Takie rozstanie, takie zakończenia. Nie trzeba oczywiście gonić od razu do terapeuty, ale może czasem łatwiej tak, w warunkach kontrolowanych. I nawet jak są emocje, a mogą wciąż być, jak jest uczucie, jednostronne czasem. Otwarcie powiedzieć sobie – jak jest, coś się skończyło, pójdźmy dalej zanim się bardziej pokiereszujemy poprzez tworzenie jakichś figur właśnie. Nie zbywając się milczeniem, smsem, czy FB. Z szacunkiem dla jakiejś, wspólniedzielonej kiedyś przeszłości i przestrzeni.

Taka to geometria nasza, Trójkąty i Kwadraty, Pożegnania i Rozstania, Cierpienie i Ból.

Smutno.

 

Trójkąty i kwadraty