Cisza brzmi dobrze

Na zakończenie pewnego arcyważnego etapu w swoim życiu niedawno, dostałam prezent pod postacią zaproszenia na występ Grigorija Sokołowa w warszawskiej Filharmonii. Ucieszyłam się jak szalona, bo tak jak w latach nastoletnich bywałam tam często, tak później jakoś się rozdrobniłam na inne hobby. I to jeszcze Sokołow! Ech no!

Jak miło było patrzeć na ludzi z tabliczkami „Kupię bilet” i „Help! I need 1 ticket!” – serio! W czasach ogólnego powiedzmy sobie dobrobytu i wszechdostępności, zapachniało reglamentacją kultury jak w starych niezbyt dobrych czasach!

Pierwsza połowa to zazwyczaj trochę jak gra wstępna, jest miło, przyjemność się rozlewa po ciele, kuszenie coraz większe, ale chce się tego głównego dania. Nie inaczej. Po antrakcie miał być Szopen z nokturnami. No niby znane, ubóstwiane ale tak jakoś może właśnie tego „znania” się obawiałam, znowu, trochę jak w związku wieloletnim, seks jest fajny, bo zna się wszystkie nuty na ciele, ale też może nie być jakoś szczególnie zaskakujący. Ale tym razem, tak jak w seksie bywa, zaskoczyłam się, tak bardzo, bardzo…

Byłam tak dotknięta tym okrutnym pięknem, same łzy mi płynęły po twarzy i wcale nie miałam ochoty ich ukrywać. Stary Mistrz rozebrał mi duszę na cząstki, pokawałkował emocje i doprowadził do drżenia każdej komórki ciała. Bisował Siedem Razy!

I już pewnie możnaby ukłuć średniolotną metaforę, że to właśnie tak jak w seksie czasem, że takie zaskoczenie, mimo znanego materiału, że przecież tyle razy już, ale nie. Nie o to tu.

Zachwyciłam się ciszą.

I wiadomo przecież, że ta dychotomia tworzy muzykę. Taniec między ciszą a dźwiękiem. Ja też to wiedziałam. Ale najwyraźniej nie przeżyłam jej naprawdę.

Na sali wraz z kilkoma setkami ludzi usłyszałam, pierwszy raz tak wyraźnie, ciszę. Między nutami, między frazami, między tonami. I w tej ciszy, kiedy jeden dźwięk przechodził w drugi i następny, płynęły emocje i tworzyły historie w ciele. Ale opowieści bez słów, tylko  wspólne nam przeżycia, straty, żalu, żałoby, melancholii. Wszystkie bez wyjątku, absolutnie piękne. Przez ciszę, która brzmiała.

Noszę tę ciszę w sobie. Zauważam ją w tych momentach kiedy się pojawia. Między wypowiedzianymi słowami. Między „robionymi” czynnościami. Między oddechami. I między myślami. Tam odpoczywam, tam kontaktuje się z doświadczeniem siebie. Tam jestem naprawdę. Nie w wymawianych słowach. Nie w „myślanych” myślach. Nie w „robionych” rzeczach. Tam. Jestem.

I takiego bycia życzę na ten rok. Znajdowania momentów takiej ciszy.

Cisza brzmi dobrze.

2015-12-06 21.27.33

(fot: własna; przed kolejnym bisem)

Cisza brzmi dobrze

Na 2015 – seksownie

Nie zapomniałam o życzeniach na Nowy Rok! Chociaż to data raczej symboliczna, to rytuałów przejścia potrzebujemy nawet w erze 2.0 czy już 3.0? Nieważne. I tak ich potrzebujemy. Co prawda Stare można zostawić w każdej chwili, a Nowe zacząć od poniedziałku, któregokolwiek, ale jakoś potrzebujemy zaczepienia w czasie, odcięcia przez datę, błogosławieństwa kalendarza na „nowej drodze życia”.

Chciałam coś publicznie „po-życzyć” i jak to z życzeniami, ugrzęzłam…

Na szczęście, na ratunek przyszła sztuka, wysoka czy niska, phi, nieważne.

Przedsylwestrowo udało mi się dostać, dzięki uprzejmości przyjaciół, na spektakl kabaretu mocno warszawskiego „Pożar w burdelu”. Jeśli nie słyszeliście, to koniecznie zjutubować, bo to jedyny polski kabaret, który jestem w stanie znieść, którego gorzko – śmieszne, ale błyskotliwe do bólu show, pozostawia mnie w stanie arcyprzyjemnej nieważkości za każdym razem. W skrócie – Polecam!

W kabarecie, jest jedna mi postać niezwykle bliska: doktor Janusz Fak – terapeuta miasta. Już wiecie dlaczego, bliski, hyh.

W tym odcinku, Dr Fak zaczął właśnie od trudności składania sobie życzeń. Monolog jakby mi z głowy wyjął.

No bo czego sobie życzymy, tak ogólnie? No zdrowia, no szczęścia, no miłości, no „czego tam Ci potrzeba”. No takie bylejakonijakie te życzenia trochę. I tu nareszcze przełom! A jakbyśmy tak sobie życzyli: „Dobrego Seksu!”?

No nie wybrażam sobie, że moim 90+ letnim babciom tak życzę, które są fankami pewnej opcji religijnej, bez wpędzania ich w przedwczesny atak serca, choć dobry seks każdemu do tzw. śmierci się wg mnie należy.

Ale tak serio – tego właśnie bym chciała Wam życzyć: „Dobrego Seksu!”.

Takiego przed duże S, albo małe. I wg indywidualnej oceny, co jest dla niego „dobre”, byle tylko innych nie ranić i wykorzystywać!

Ale może pójdźmy dalej, a co! A gdybyśmy mieli takie całe „dobre, seksowne życie”? Bynajmniej, nie oznaczałoby to, że ganiamy codziennie w podwiązkowych kabaretkach, bez bielizny, z wyćwiekowaną obrożą na szyi, choć znam kilka osób, płci różnych, którym by się to podobało.

Nie no, jak sobie tak to przetwarzam, to czuję bardziej: pełne, soczyste, przyjemne, spełnione, orgazmami różniastymi wypełnione, życie. Mmmmm… Miło, prawda?

Zrób sobie mały eksperyment. Czy pamiętasz tzw. „seks życia”? Taki co to od razu po takim haśle przychodzi do głowy…. (już? jest wspomnienie? jest czucie? może, jakieś…małe…podniecenie?).

To nie musi być 100 bilionów pozycji z Kamasutry. To może być ten, gdzie emocje i ciało, potrąciły obręcze Saturna, hyh. Albo ten, gdzie nawet „ziemia się nie poruszyła”, ale odczuwana bliskość z partnerem/ partnerką, sięgnęła Twojego rdzenia, duszy. Może, nie musi. To może być ten, którego nie można zdefiniować, dlaczego jest „seksem mojego życia”. Bo jest i koniec. I nikomu nic do tego.

No dalej. Zamknij oczy i pamiętaj.

Pozwól sobie.

Poczuć.

W ciele. Całym…..

W emocjach…..

W mikroodczuciach…..

W obrazach…

W zapachach…

W dźwiękach….

W Tobie, na Tobie, od Ciebie….

Już?

To jeszcze trochę…

Czuj.

Niech ta wyobraźnia i pamięć pracuje.

Już wiesz? Pamiętasz?

To takiego życia Ci życzę.

Życia.

Love!

images (2)

Na 2015 – seksownie

Świadomość nie przychodzi bez bólu*

Przyznaję. Bardzo nie lubię pisać o książkach, a jeszcze mniej lubię o nich czytać. Ale niestety przykuta powypadkowo do łóżka, sięgnęłam po taki tytuł i no, nie miałam odwrotu:

 

z14973955Q,-Nocne-zwierzeta---Patrycja-Pustkowiak--wyd--W-A-B

 

Wszystko zawiesza się na pierwszym zdaniu, proszę:

„W dniu, w którym ją zabiła, nic nie zapowiadało katastrofy”.

Nie mogłam nie czytać dalej. Na koniec, dwie godziny później, odkładając na bok Kindelka, sforsowanego emocjonalnie jak ja, radosne „Łot a fak?” wyrwało mi się, kiedy zobaczyłam cień Wujka Junga z czułością poprawiającego mi poduszkę. Nie, nie mam neurologicznych uszkodzeń czaszki!

W swoim niezdrowym podekscytowaniu sięgnęłam po telefon do przyjaciółki, żeby się podzielić wrażeniami, która mnie grzecznie zrzuciła i zesemesowała, siedząc i nudząc się na rozdaniu nagród Nike: „Rzuciłam cholerę w kąt, nie będę tego gówna czytać” czy coś pokrewnego. Ale do początku..

Książka wcale nie jest dobra. Nierówna, choć zdarzają się „cycatowe” perełki, np:

„- Tamcia! – mówi i klepie ją wesoło w ramię. – No jak życie, dalej jesteś singlem?

– Nie, kurwa, albumem The Greatest Hits – odpowiada ponuro Tamara. – Pośmiertnym”.

Albo:

„(…) podejrzewam, że kiedy Bóg organizował świat i rzekł „niech stanie się jasność”, to poprosił mnie, żebym się przesunęła”.

Albo:

„(…) Tobie się udaje jeszcze coś zaruchać? Ale wiesz, coś w miarę normalnego, bez psychiatrycznego rozpoznania?

– Ja piję – odpowiada Tamara. – To się nazywa sublimacja”.

I jeszcze kilka innych. No ślicznie instagramowo nie jest.

Nie zaspojluję, jak napiszę, że rzecz o samotności w wielkim mieście się ma, i to nie byle jakiej samotności, bo singielki po trzydziestce. Aa, i o piciu, i ruchaniu i ćpaniu. I można się oddać tej iskrze świętej rozpisując się smutnie o samotności, i jakie to straszne jest, no można. Opowieść wręcz zaprasza, żeby się tu pomasturbować Joyce’em albo Hoppera obrazek wkleić.

Ja tam się zamotałam sromotnie za dużo sobie pytań zadając i marszcząc w zdziwieniu psychologicznym poorane zmarszczkami czoło. Bo niby co my tu wiemy o bohaterce? Bo dlaczego ona taka bidniutka? No nie będę zamęczać, bo nuda. Chodzi o to, że jest morderstwo (patrz wyżej, pierwsze zdanie powieści).

I tu Wujek Jung już leżący obok mojego ciała poturbowanego, zupełnie aseksulanie szepce mi do ucha: „Ależ mord! Co ona tam zabiła?”.

Nie pytam skąd umie po polsku, bo to przecież Jung, bohater moich lat młodzieńczych. Tamara zabija przecież xxx, bo trochę jej się „należy” i już puściło w bohaterce wszystko, co tak umiejętnie porno-drago-alko zasłoną przykrywała. Zabiła. Ale czy rzeczywiście ją, a może to taki „Fightclub” dla singielki?

Poczułam, że wcale mi się nie chce odwołań do literatury i sztuki tej wielkiej i niższej (jakby różnica była) odwołań szukać. Bo się zatrwożyłam, zawiesiłam nad tym morderstwem. Nad tym „morderstwem”, które popełniam codziennie na sobie.

Nie, nie uprawiam tu jakiegoś egzaltowanego ekshibicjonizmu emocjonalnego, hyh, od tych etykiet mam hejterów. Nie, wolę o sobie pisać, niż używać „królewsko- partyjnego” „My”.

Ale Ja, to My przecież.

Wtedy, kiedy czegoś nienawidzę w drugiej osobie, a może jej całej, wtedy nienawidzę tej części w sobie. Bo to co nie jest częścią mnie, mnie nie dotyka, nie boli, nie wkurwia.

Co robię, żeby tego nie widzieć przypadkiem? Żeby nie było, że, broń cię Buddo przenajświętszy, mam coś „nieprzyjemnego” w sobie, że mój obraz siebie, nie jest tak śliczny, powabny i inteligentny, jak mój profil na Facebooku? Co wtedy? Ano, usuwam skrzętnie w Cień, taki niekorzystny dla własnej samooceny, wgląd. A Cień mój biedny tyje od tych moich usuwanek.

Ja w ogóle w Cień nie chcę zaglądać. Tam wszystko to, co nieuświadomione siedzi, to czego o sobie nie wiem, a raczej wiedzieć nie chcę. To co smutne, zranione, zazdrosne, mszczące się, ciemne…jak to w cieniu. Wolę to „zabić”, stąd morderstwo, jak u Tamary, u „nocnego zwierzęcia”. Bo to nie jest przyjemne, to boli, cierpię. Tak.

A kulturowo przecież, wszystko ma być pięknie i kolorowo, o cierpieniu mówić nie chcemy, chyba, że w ramach akcji charytatywnych. Cierpienie, won!

Ale sadysta Jung, już mi tu szepce: „Liebling, pełny człowiek to ta­ki, który zarówno przechadza się z Bo­giem, jak i zma­ga z diabłem”.

„Oh, really?” – odpowiadam po europejsku, strosząc sztucznie emocjonalne piórka, bo już wiem, że pełnia świadomości siebie kusi i silniejsza jest, niż cierpienie. To, co wyjdzie z Cienia mojego, do światła, wtedy już mi nie zagraża, wiem kim jestem, w pełni mojego człowieczeństwa.

Takim „nocnym zwierzęciem” jestem, od lat patrzącym na swój Cień, nie uciekam już przed Nim, nauczyłam się, że i tak mnie dogoni i w dupę sztucznej samooceny ugryzie.

A książkę polecam, mimo wszystko, bo może błysk siebie, jak w lusterku, zobaczysz..

 

* cytat zboczka Junga oczywiście

 

Świadomość nie przychodzi bez bólu*

Bez – siła

 

Gabinet.

On siedzi. Ostrożnie. Spięty, jak do skoku. Niespokojny. Czuć energię pod skórą. Coś tam jest. Coś pełza, drapie od środka.

Wiem, że nie chce tu być. Wiem, że mnie nie lubi, nie znosi wręcz. Powiedział, otwarcie. Bo „terapeuta nie jest od lubienia, jest od pomocy” – jego słowa. Przychodzi więc, raz, czasem dwa w tygodniu. Wtedy, kiedy To go zalewa najbardziej. Wtedy, kiedy już nie może złapać oddechu. Wtedy kiedy tylko To się kręci w myślach i nie pozwala normalnie żyć.

To – w jego myślach – zranienie równa się pragnienie zemsty. Ale zemsta przez duże, wielkie „Z”. Nie może się od tego oderwać, To trawi go, kawałek po kawałku zabiera cząstki życia. Oddycha Tym, nieustannie plecąc scenariusze jak do filmów.

Myślisz, że z tym przyszedł? Żeby się pozbyć Tego? Nie. Nie widzi i nie chce zobaczyć, że to go zżera, zjada. Chce tylko przewietrzyć głowę, przekazać mi milionowy plan zemsty. Czasem, przez miliseksundę dotyka swojej w tym bezsiły. To momenty tak drogie i delikatne, umykają, i widzę tego człowieka z obsesją, w kręgu niemocy. Dotykamy swojego człowieczeństwa. Przez te mikrosekundy.

Bo ja też swojego. Nie rozumiem tej obsesji, nie rozumiem tego pragnienia zemsty, tak żywego, jak by się działo naprawdę, jakby się działa naprawdę. To czego dotykam to brak siły, miejsca, gdzie wszyscy jesteśmy tacy sami. Tak samo, niemożliwie, słabi.

Wątpisz?? No tak, przecież „to takie „głupie” mścić się, to takie niedojrzałe..”.

A kiedy zostałeś zwolniony z pracy, bezpodstawnie przecież, i nienawiść się wkradła?A kiedy zostałaś porzucona, nagle, bez słowa, bez wytłumaczenia? A kiedy ona zabrała Ci Jego? A kiedy ktoś ma coś czego ty nie masz? A kiedy…

I tak wyliczać można bez ustanku. Te nienawiści, te zazdrości, te zawiści, te zemsty. Te malutkie, nie tak wielkie, niby. Ale siedzą w głowach, w duszy. Nadżerają, obsesyjnie się plączą. I tak. Odbierają siłę, moc. Zatruwają Ciebie. Obsesyje, obsesje, obsesyjki…

A gdyby tak odłączyć te myśli – niech ktoś zgasi ich światło! Niech ktoś założy embargo na te emocje, na te umysłu produkcje!

Ale nie ma nikogo przecież. To ty sam/sama.. Odbierasz sobie siłę, bo „nie można tak ludzi traktować, bo nie zasługuję, bo nie jestem tego warta, bo muszę być najlepszy”… Schematy trzymają jak obcęgi. I tak wokół własnej osi, po ludzku, kręcimy się, ja i ty, schematy i ich obsesyjne produkcje. Tak.

I może myślisz, że tak słabi mają? A te pozytywnie ustawione „cele”, dzięki którym tak dużo osiągnąć możesz, musisz, powinieneś? A cena, patrzysz na cenę?? Aaa „no pain, no gain”…. Tylko czy warto, tak dążyć, tak przeć, tak siebie ugniatać? Myślę sobie, że ta siła, też bezsiłę rodzi..

Skotłowani w tej niemocy, ja i ty. Odpuszczamy życie, siebie.

Spytasz mnie (bo jemu nie mogę powiedzieć, ot tak) – to co mam zrobić?

Odpuść, zostaw, odejdź.

Jak? Jak do cholery?

Powoli. Milimetr woli po milimetrze resztek szacunku do siebie.

Phi, fuknąć na mnie możesz, wymądrzasz się, pańciapsycholożka i tyle..

A ja Ci powiem, że byłam tam gdzie jesteś Ty, i wróciłam. Po siebie. Po swoją siłę. Można, trzeba, uwierz, choćby na słowo.

 

 

Bez – siła

#jakżyć *

question-mark-on-road-image-via-flickr-milos-milosevic_100335083_m

*zamiast wstępu dodam, że przedstawiam tu pogląd subiektywny, nie prawdę psychologiczną objawioną, bo takich nie znam zbyt wiele

Jak żyć?

Takie krótkie pytanie. Tak obśmiane już. Myślę sobie, że każdy zna na nie swoją odpowiedź. A jak nie to podręczniki samopomocowe, programy treningowe, coachingowe, internety przepełnione stronkami prześcigającymi się w poradach pt. „100 najszybszych sposobów na to jak być najszczęśliwszą osobą, jaką znasz” na pewno taką radę – poradę, odpowiedź zaserwują. I ta najczęstsza to:

<werble>

– „żyć szczęśliwie, pełnią życia”.

Nie jestem jakoś specjalnie zaskoczona, no bo pewnie każdy, by chciał tak żyć, chyba. Ale tak się zastanawiam, jak definiujemy to szczęście dla siebie, pełnię życia??

Może kiedy zapełnimy tzw. „brak”-

– kiedy już znajdę tego jedynego (jeśli go nie ma, albo jest, ale jeszcze nie Ten)

– kiedy spełnią się moje fantazje seksualne (bo jeszcze pozostają fantazjami)

– kiedy będę mieć ……… zł na koncie (wpisać ratyfikującą poczucie szczęścia sumę)

– kiedy założę rodzinę (bo wszyscy mają, chcę i ja)

– kiedy będę miał pod sobą rząd dusz (albo miała – gender, gender)

– kiedy, kiedy, kiedy….

Upragnione „kiedyś” nadchodzi, a tu się okazuje, że nie do końca szczęśliwi jesteśmy. I co dalej??? Pojawia się następny „brak” i tak do końca żywota naszego. Amen.

Czyli jeśli bazujemy na braku, to jego zapełnienie nie przenosi nas automatycznie do Krainy Wiecznego Szczęścia? Na chwilę, później, well, różnie..

A co z tą „pełnią życia”?

Jak każda emo-nastolatka myślałam, że nie dożyję lat 25, bo przecież później już nie ma po co. Okazało się, że przeżyłam z nawiązkąąąąą i mam się coraz lepiej, no dobra, odczuwam momentami odciski wieku starczego (czyt. po 25 roku życia) ale ogólnie w emo – lata wrócić raczej bym nie chciała. „Too old to die young” – i bardzo dobrze.

Ale pełnia – czyli co tak naprawdę??

Taka rockandrollowa – sex, narkotyki i alko? Taka FOMO – „jestem wszędzie, bywam wszędzie, mam na to fotkę”? Taka podróżnicza – „świat mi stoi otworem, bynajmniej nie odbytniczym”? Pracowa – spełniam się (czyt.spalam) w mojej misjo-pracy?? A może egzystencjaln0- nihilistyczna – „żyję chwilą, jutra nie ma – carpe the fuck of that diem”? Albo ew. artystowska – „nie spocznę dopóki nie stworzę opus vitae”? Tyle opcji, ilu przedstawicieli rasy ludzkiej, a pewnie niedługo również cybernetycznej. Ech.

Myślę sobie, że to co te sposoby mają ze sobą wspólnego, to podążanie za dobrym samopoczuciem: „Czuję się dobrze = jestem szczęśliwa/y”. I w sumie nic złego w tym nie ma, tylko, że jest. (Tak, tak popaprani psychoterapeuci we wszystkim problem widzo).

Uciekamy od złych odczuć, wrażeń, emocji. Ku ciepełku, ku dobremu, ku „szczęśliwości” powierzchniowej. Bo mam wrażenie, że ta „pełnia” to raczej pozwolenie sobie na odczuwanie wszystkiego i doświadczanie wszystkiego w związku z tym odczuwaniem. Mam tezę, że nie jesteśmy w pełni odczuć „szczęścia”, jeśli ciągle uciekamy od tzw.”negatywnych” wrażeń. Tak jakbyśmy żyli połówką siebie. Widzieli świat jednym okiem. Tacy niepełni. Tacy zapętleni w pogoni za dobrym samopoczuciem obdzieramy się z pełni samoistnie. Żeby tylko nie czuć się źle. Nie czuć cierpienia, bólu, zazdrości, odrzucenia, nienawiści..

A przecież „wszystko przemija”. Wszystko. Nawet to, przed czym tak skutecznie uciec próbujemy.

PS1: Mój niegdysiejszy arcymądry narzeczony mawiał: „Jak od czegoś uciekamy, spychamy w podświadomość, to to coś, schodzi do piwnicy umysłu jak do siłowni i wyciska żelazo, a potem wraca z podwójną siłą, żeby nam dopierdolić”. Miał rację, której przyznać mu wtedy nie chciałam. No cóż.

PS2. Pozdrawiam moich hejterów – poużywajcie sobie – hyh, poczuję swoją pełnię człowieczeństwa. Namaste Darlings.

#jakżyć *

Teoria Wywróconych Gaci

Zawodowo, wiadomo, teorie wylewają mi się uszami. Do każdego zagadnienia psychologicznego można przypasować przynajmniej z pięć, wykluczających się nawzajem, ale każda ważna i jedynozbawcza, prawdę wszelką ogłaszająca. I jak to z teoriami, są świetne i pożyteczne, aż do momentu kiedy skonfrontowane z życiem, bledną i mówią: „No tak, ale wiesz..”. Wiem, i ignorując je wspaniałomyślnie, pozwalam sobie na eklektyczny punkt widzeniopatrzenia. Oprócz jednej. Tytułowej. Autorstwa mojej przyjaciółki.

Zademonstruję ją na przykładzie. Własnym. Bo na siebie się nie obrażę.

Czasoprzestrzeń: jakiś czas temu, osobiste siedlisko czyt. Dziupla

Dramatis personae: ja z moimi myślami (sporo nas tu)

Scena: łażę z rozczochranymi kudełkami, wyrywając je sobie, jeden po drugim, a jest z czego wyrywać, głośno lamentując:

„Och ja biedna, ja pokrzywdzona, odrzucona, niezrozumiana, nieważna, nieistotna (kończą się przymiotniki, więc zaczynam od początku, niższym głosem). Och ja, bidulka, jak ja cierpię, jak boleję, jak bardzo, bardzo niepotrzebnam jest…”.

No dobra, może nie tak poetycko, tylko bardziej przyziemnie i wulgarnie momentami. W każdym razie, ocieram się o dno egzystencji i już wiem, że nie ma gorzej potraktowanej jednostki na ziemi. Rozżalona i cierpiętnicza, łzami ten ból wielki wycierająca, w pozie Rejtana emocjonalnego występująca.

Widzimy obrazek, prawda? No. Koronowana Drama Queen. Aż przychodzi oprzytomnienie (trening psychologiczny, hohoho). Pochlipując jeszcze, patrzę na Gacie. Niedosłowne oczywiście.

Gacie = mój stan, moje odrzucienie, moja krzywda, moja nieważność. (Bystry czytacz już widzi nadużycie wariacji „Moje”), och jakie te moje Gacie ciasno przylegające, jakie moje, intymne takie, ładne w sumie, może nawet w tej złości i frustracji, czerwone. Ba, to nawet koronkowa robota, te krzywdy moje..

I  wg zaleceń teorii wywracam je na drugą stronę, tę ważniejszą, ekhm – tam gdzie widnieją, tak, widzimy przecież wszyscy, tzw. fakty, to co jest, bez ściemy, bez wymówek, bez kwestionowania. Jest jak jest. Oszczędzę detali, bo każdy ma swoje, którymi niechętnie pewnie by się dzielił, nie dzielę się i ja. <używamywyobraźni>

Fakty są takie: <fakty, nic nie dodajemy>

Jest: <wstawiamy całą prawdę>

Osobista Ściema: <myślałam, że to …. wina, a to był mój…well, niech będzie, bączek..>

Wywrócone Gacie mi „powiedziały”, że spieprzyłam, że wyciągnęłam głupie i dziecinne wnioski, zniekształciłam prawdę, nieodwracalnie zniszczyłam relację, na której mi zależało. Bo myślałam, że te moje potrzeby, ktoś inny może zaspokoić. Źle interpretowałam zachowanie albo jego brak. Popsułam.

Tak działa ta teoria – bo nic już nie można przed sobą ukryć, bo przecież Gacie to najintymniejsza część garderoby, a ich prawdę możemy chować przed innymi ale nie przed sobą, ech.

PS: A jak historia się skończyła? Ano przyznałam przed sobą – moja wina, moja bardzo wielka wina. Widzę, wiem – a teraz, karma ugryzła mnie w dupę, na której szlachetne czerwone, koronkowe, schematyczne gacie nosiłam.

Przeprosiłam. I cieszę się cząstkami relacji, które udało mi się pozbierać. I tylko tyle zostało. MikroKawałeczki. Dobrze, że chociaż tyle.

Teoria Wywróconych Gaci

Jak zostałam wariatką

Raz na jakiś czas oczyszczam życie (czyt. powierzchnię mieszkalną) z tzw. „przydasiów”. To po Tacie – „wszystko się przyda”. Jak nie używałam rok, nie przydaje się. Out. No mercy. Wszystko, oprócz „martwych drzew” czyli książek. I tak mi się ich przez ostatnie kilka miesięcy nagromadziło, nie wiem jakim cudem (jaaaasneee!!), bo przecież na Kindelku 99% czytam.

Raz jakieś szmery mnie obudziły, a to książki wokół łoża rzędami stoiwszy, zakrzykiwały, grzbietami na mnie groźnie łypiąc, prawie jak Rycerze i Rycerzówny Solidarności – „Domagamy się godnych warunków mieszkaniowych! Chcemy półek nie podłogi! Chcemy życia w kategoriach, nie w chaosu alegoriach! Chcemy światła i pogody, dość zakurzonej niewygody!”.

Zastrajkowały. Rada nie rada, półki zakupiłam, bo takich demonstracji co rano, moje nadwyrężone serce przecież by nie zniosło.

Półki przyszły. Zapakowane jak dzieciątka w beciki.

Och, jak zwlekałam z ich składaniem! Jak patrzyłam! Jak w przedłużoną grę wstępną z nimi grałam! Och! Bo słabość mam ogromną, publicznie się przyznaję – uwielbiam składanie mebli. Ale uwielbiam, tak fetyszystycznie wręcz. Z lubieżnością więc na odpowiednią chwilę czekałam, żeby proces zacząć.

Składałam pieczołowicie, każdy tomik, tomiszcze, tomunio ładnie odkurzałam. Co i raz z sentymentem jakiś przytulałam. No orgia panie. Kiedy już stały, takie piękne do sufitu i wystarczyło tylko 4 ostatnie śrubki wkręcić, okazało się, że śrubek nigdzie nie ma.

Na początek nie panikowałam, bo przecież jasno pamiętałam odliczanie systemowe powyższych i wszystko się zgadzało. Przerzuciłam kilka rzeczy. I flashback miałam – między niestety odbieraniem telefonu a pisaniem niecierpiącego zwłoki maila, śrubki niechcący wylądowały w jednym z kilku worów „przydasiów”, które zostały wyniesione na wieczne potępienie czyli do śmietnika.

Decycja. Zostawiam taką niedoróbkę czy idę szukać? Niełatwa to, bo śnieg i mróz na świecie przeokrutny, poza tym śmietnik??? No ale popatrzyłam na kilkanaście bezdomnych albumów co to miały zagwarantowany penthouse pod sufitem…

Moja Wewnętrzna Dresiara była przeszczęśliwa, kiedy już pod przykrywą nocy wymknęłam się na poszukiwania. No bo jak się ubrać do przeszukiwania ogromniastych koszy na śmieci na kółkach?? Takich na wpół pełnych, które sprawiedliwie workami po równo nakarmiłam?

Podpowiem: ciepło i wygodnie i dobrze jest mieć cos długiego do odsuwania rzeczy, które są miękkie i mogły stanowić podstawy grupy żywieniowej albo pieluszki albo inne pokrewne, ekhm.

Na wpół wisząc na kolejnym pojemniku udało mi się namierzyć mój worek. Co w ciemnościach wcale nie było takie łatwe. Już poddałam go bliższym oględzinom, kiedy u wejścia do altanki ukazały się dwie postaci. Jedna błysnęła mi latarką po oczach, potem po „moich” śmieciach, które zgrabnie z worka wyłuskiwałam. Nie bardzo wiedziałam jak zareagować, aż usłyszałam zachrypnięty głos jednego z panów, którzy niebezpiecznie blisko się przybliżyli:

„A czego tam tak szuka?”

„Śrubek” odpowiedziałam zgodnie z prawdą przecież.

Latarka zgasła.

„Chodź Tadzik, to jakaś wariatka. Przyjdziemy później”.

I odeszli wolno ciągnąc wózek z różnościami.

Już w domu, przykręcając ostatnią półkę, (śrubki znalazłam dwa worki później), zamyśliłam się.

Jak to nam łatwo te oceny innych przychodzą, co? Jak patrzymy, jak postrzegamy i już wiemy. Namyślać się nie trzeba. Dociekanie zbyteczne. Dopytywać – a po co? Pochylić się i zobaczyć co pod okładką? Eee tam. Widzę, więc wiem.

Phi, jakie to proste. Jak śrubka.

Jak zostałam wariatką

Jak zombiaki uczą etyki

Zmęczona jestem głosami pt:”Gry video niszczą młodą psychikę”, „Gry video uczą agresji” itp. Nie dyskwalifikuję mnogości badań na ten temat, ale mam wrażenie, że umykają zupełnie głosy nie traktujące gier jako Samo Zuo, Narzędzie Szatana. Jakoś nie po drodze mediom i szkolnictwu, by uznać gry za zajebiste narzędzie, nie tylko do ćwiczenia umiejętności czysto poznawczych (są na to badania), kontroli emocji, czy też są czysto informacyjne i pokazujące doświadczenia, których naczej nie moglibyśmy mieć – pisałam o tym wcześniej tu.

Gram w gry. Z braku czasu głównie rekreacyjnie i bardzo nieregularnie i mam ogromne zaległości. Nie lubię strzelanek, ale uwielbiam dobrze napisaną historię, emocje i niejednoznacznych bohaterów.

„The Walking Dead” daje mi to wszystko i więcej. Yesu! Akcja toczy się dzięki wyborom, które podejmuje gracz. I właśnie te wybory powodowały, że nieraz i nie dwa, chciałam rzucić padem w ekran i zabrać się za szydełkowanie. Bo wyborów trzeba dokonywać szybko, głębokich, moralnych – kogo uratuję? Kto zginie „przeze mnie”? Czasem też głośno krzycząc „whyyyyyy?” patrzyłam jak opcje wybrane wpływają na rozwój fabuły- czyt.: „zombiaki właśnie zjadły jednego z moich ulubionych bohaterów”. Potem używając słów dosadniejszych próbowałam jakoś „naprawić” sytuację – czyt.: ułagodzić poszargane sumienie, trochę sama się przed sobą wybielić. Potem z emocjami na sznurkach, wycieńczona mówiłam (wersja ocenzurowana) – „Dość tego, już więcej nie gram” (kłamstwo nr 1). Ale już kolejnego wieczora: „Eeee, no dobra, to pogram tak z godzinkę” – kłamstwo nr 2, bo 6 godzin później trzęsącymi się łapkami odkładałam zapoconego pada, kiedy słońce cmokało świat w czółko. Ech. Tyle emocji. A potem w tramwaju do pracy, zachodziłam w głowę – dlaczego tak wybrałam? Co to o mnie mówi? Co ze mnie za człowiek? Barbarzyńca i egosita raczej!!No? Ale się nauczyłam i uczę, czekając na kolejne odcinki 2 sezonu. Byle szybciej.

A tu mi jedna Bogini Graczowa podsyła takie cudo:

Proszę! Młodzież uczy się etyki w szkole za pomocą moich zombiaków! Świetna metoda! Młodzi zainteresowani, wciągnięci w dyskusje! Super! Myślę sobie – jeśli ja, stara baba, która wyborów w życiu podjąć musiała, już chyba z kilka milionów, a sobie kilka pytań o sobie zadałam, to tym bardziej, piękni, młodzi wchodzący dopiero w życie, nie?

Drogi GameDevie polski i niepolski! Padam krzyżem z błaganiem – róbcie takich gier więcej, gdzie można się uczyć siebie na kilku poziomach. Róbcie gry, które dotykają środka, które nie odchodzą w niepamięć do szuflady „Zagrane Zapomniane”. Róbcie gry, które nie tylko ćwiczą zręczność, spostrzegawczość i koncentrację. Takie, gdzie nawet pańcia psycholog psychoterapeuta seksuolog, która z emocjami i wyborami oswojona może się wciągnąć na tyle, żeby zapomnieć o wstawionym czajniku na gazie. Proszę! Ze łzami w oczach!

Drodzy Terapeuci i Terapeutki! Nie bójcie się pytać o to w co grają wasi klienci. Jak grają. W jaki sposób radzą sobie z wyborami, z zagadkami. Patrzcie jak te umiejętności można wykorzystać w gabinecie. Dopytajcie jakie mają awatary albo nicki, jeśli trzeba. Tam jest kopalnia wiedzy o podświadomości, o zdrowych mechanizmach i często życiowych dążeniach. Serio. Można! Póbowałam wielokrotnie, jak już się odważyłam, ze świetnymi skutkami. Tam jest świat, który jest często zamknięty dla innych, ale tam właśnie drzemią ukryte zasoby, o których nawet sam gracz często nie ma pojęcia, że może je przenieść ze świata wirtualnego na swoje codzienne funkcjonowanie.

Dobra. Rozpisałam się. Idę pograć.

Jak zombiaki uczą etyki

Rozprawiczony

Jasiek nie ma Facebooka, Twittera, Tumblera, Instagramu, nie melduje się na Foursquerze, nie miał też NK, jak jeszcze była cool. Nie ma. Bo po co? Dziwne trochę, bo to on wprowadził mnie kiedyś, kiedyś w świat Mario, hyh.

Widzimy się po latach, dwudziestu z hakiem, więc nadrabiamy zaległości jak wściekli. Jak już docieramy do #tuiteraz, to coraz częściej łapię się na: „a widziałeś? Na Fejsie ostatnio..”, „A pamiętasz jak na Tweeterze taka akcja polityczna z dementi w 15 minut się rozegrała?”, „a ten GIF, wiesz, z…”.

„Izzy, polowy z tego co do mnie mówisz, nie rozumiem”.

„No ok, rozumiem, że chcesz być poza systemem, ale może poznaj najpierw system, żeby wiedzieć, czego się wyrzekasz? Na zasadzie – poznaj wroga swego…”.

Nie wiem jaki to internetowy demon we mnie wtedy wstąpił, może po prostu chciałam mu pokazać ułamki swojego wirtualnego życia? Może naprawdę zapragnęłam, żeby się otworzył na świat obcy sobie? Może, z babskiej przekory, chciałam, well, no, mieć rację?? <słabe> Może ciekawość mną owładnęła – jak to jest być „niepodłączonym”? No i oczywiście Izunia- Mądralina: patrz jak ja tu wiem, patrz jak się znam, phi!  Że niby.

No bez względu na moje czysto- nieczyste motywacje, przedstawiłam Jaśka serwisom społecznościowym. Można sobie śmiało wyobrazić – głównie ja gadałam, opowiadałam, pokazywałam – o, a tu troll w pełnej krasie, a tu flejm mały ktoś robi, oooo, pokażę ci moich hejterów, hej! Siedzieliśmy tak z pół nocy i godzinę więcej. Taka rozbudowana gra wstępna. A oczy Jaśka robiły się coraz  bardziej okrągło – czerwone, bynajmniej nie od ręcznie zwijanych papierosów (oczywiście..le sigh..).

No cóż.

Dochodzimy do profili znajomych <serdecznie przepraszam>. Jasiek wydaje jęk i przechylając kieliszek własnoręcznie sporządzonej księżycówki artykułuje wiekopomne:

„Ale po co to wszystko? Po co te focie kotków, obiadów, buziek, latorośli? Po co ten artykuł tutaj? Po co te „lajki”, do czego niby?? Ktoś się nie zgadza? A powie mu to w twarz?? A powiedziałby Ci prosto w oczy, ten koleś, że jesteś głupia i gruba, jak tu? Po co takim chłamem się dzielić..czekaj, jak to się nazywa? „Warsaw Shore”, to nie ma już polskich nazw? Po jaką cholerę to wrzucać? A komentowanie siebie i pod siebie, to jakiś trend o którym mi nie powiedziałaś??”.

Odpowiedź mi zajęła do rana i o godzinę dłużej. A konstatacja rozmówcy:

„Kartezjusz własną pięścią się dławi – myślę, więc jestem?  No nieee, teraz masz: Dzielę się, więc jestem”.

A po chwili usłyszałam:

„Oddaj mi moją niewinność, diable…”.

Zasmuciłam się.

Tak źle z nami „podłączonymi”? Tacy bezmyślni jesteśmy? Tacy bezrefleksyjni? Tak tylko siebie autopromować umiemy? Tak powierzchownie połączeni jesteśmy?

Jasiek tej notki nie przeczyta, bo uważa, że blogi, to idioci dla idiotów piszą.

No cóż.

tumblr_mvmdeiqDKw1r62zwpo5_500

Rozprawiczony

Rozdziobały mnie kruki, wrony..

Wybiegłam na przerwie po żarełko. No tak, terapeuta nie robot, jeść musi. I tak sobie dobiegłam, well, no ok, doszłam dostojnym krokiem do najbliższego skrzyżowania, robiąc mentalną listę zakupów. Stoję na czerwonym i nagle, z głowy wyjść musiałam, bo wokół mnie Naszional Dżeografik ew. Dyskowery się rozgrywało. Tak, tak na środku pl. Konstytucji.

Na jezdni, trzy- a może czteropasmowej, na środku na zebrze, leżało truchełko jakiegoś ptaka, podejrzewam że gołębia. Takie trochę porozjeżdżane, ale z flaczkami się po pasach ciągnącymi. (Przepraszam z góry za graficzność, no ale to w końcu MatkaNatura zurbanizowana).  Samochody trochę najeżdżały, trochę nie. Ale o owo truchełko bitwa najprawdziwsza się rozgrywała. Dwie wrony i jeden kruk, a na chodniku, w pewnym oddaleniu, stado gołębi (pewnie już w żałobie, chcące ciało kumpla odzyskać).

Jaka to była walka! Nie dość, że między sobą się dziobały i pióra wyrywały, to jeszcze uniki między jadącymi automobilami czyniły. I jak już przykucnął jeden z drugą i się przeciągać zaczęły, to trzeba było życie swoje ratować przed nadjeżdżającymi autami. Co to za walka! Kierowcy zwalniali, żeby więcej trucheł nie było, albo żeby Się nie pochlapać. Klaksony w ruch poszły. Już jeden z drugim wali pięściami w kierownicę, albo łapki w geście „Co tak stoisz głupiutki Ty?” (domniemam) wyciąga. No i światło się zmieniło. Mamy zielone. I ptaszydła, też zielone wywęszyły. I rzuciły się na ciałko i na flaczki i na móżdżek i zaczęły je rozciągać po całej szerokości zeberki. My, piesi, nie za bardzo wiedzieliśmy co zrobić. Bo się straszno o 14.00 na pl. Konstytucji zrobiło. Co odważniejsi kołem dużym scenę obeszli. Inni wybrali, inne pasy po prostu. Ja stałam jak wryta.

Ptaszydła trzy, na trzy części ciałko rozerwały i każde powlokło swoją w trzy różne kierunki świata, z dala od samochodów. Tak, na chodniki. Wrona wylądowała u moich stóp. Nic sobie nie robiła z mojej obecności. (No dobra, wiem, nie ma zdjęcia, to się nie wydarzyło, ale byłam jak zahipnotyzowana, no ok, zostawiłam komórę w gabinecie, ech..). Rozdziobywała gołąbka w spokoju.

Odechciało mi się jeść. Po zakupy nie poszłam, bo mi dziurę emocjonalną w głowie ptaszydła zrobiły.

Kiedy ostatni raz, tak walczyłam o coś? Z taką determinacją? Z takim, życia praktycznie, poświęceniem? Na czym mi tak zależało? A jak mi się coś „nie chce” po człowieczemu, zrobić? Albo jak „eee, no to może jutro, albo od poniedziałku”? Albo że „opłaca mi się to?”. „Co będę z tego miała?”. A jak już mam cel, to tak się wysiłkuję, żeby go osiągnąć? Boszsz..

Ok, no wiem, niezłą voltę mózg mój zrobić musiał (wiem, dziwaczne, ale tak mój mózg ma..), ale pytań nie było końca.

Zawstydziły mnie, skubane (no pun intended). I lekcję w motywacji odebrałam srogą. Ptaszą.

Rewiduję przekonania.

Rozdziobały mnie kruki, wrony..