Dlaczego facet zdradza?

„Bo może” – tak moje rozmyślania nt. natury płci skwitował mój niegdysiejszy narzeczony.  Oburzyłam się nieludzko wręcz.

„No halo, ale, że co? Jestem kobietą, też mogę, nie?”.

„Twój wybór” odparł, i zajął się zmienianiem Wszechświata.

Przyznaję. Pokonał mnie wtedy. I tak do mnie ta krótka nasza wymiana powracała. I powraca. Bo na kozetce i w życiu tych poturbowanych przez zdradę dziesiątki. Jak bumerang wracają więc te zdania. Bo masz wybór? Serio? To jest takie proste? Ekhm, znaczy trudne?

Zdradę oglądałam ze wszystkich dostępnych stron już chyba. We wszystkich możliwych konfiguracjach. Chociaż pewnie życie mnie jeszcze zaskoczy, na co liczę, i nie chcę oczywiście.

Bo normalnie to napisałabym że przecież chodzi o niespełnione potrzeby, takie długofalowo niespełniane, więc szuka się gdzie indziej – bo jak się chce piciu to trzeba i już. Tak o seksie mówię, ale nie tylko. Taka deprywacja przez lata się ciągnąca, kusi spełnieniem. A panowie – sorry, wiecie, że Was kocham – potrzeby swoje dla tzw. świętego spokoju zawieszają i cierpią, ale jak już się przydarzyć okazja może to z tego wyczerpania, chcą, pragną siebie urzeczywistnić. Może w końcu się poczuć dobrze, ze sobą, ze światem. Może.

Normalnie też popatrzyłabym na tych, którzy swoją samoocenę wzmocnić muszą ciałem i duszą kolejnej kobiety, żeby ciut bardziej męsko się poczuć. Ciut bardziej pełnokrwistym facetem. Ciut bardziej gorącym kochankiem. Ciut mocniej podziwianym przez inny model, niż szanowna kobieta długoletnia, bez względu jaką Kocicą by nie była. Co z tego, że to krótką trwałośc ma. Co z tego, że zaraz jak tylko z łoża wyskoczysz, to już za drzwiami czarna dziura własnej wartości jest jeszcze większa, bo wiesz przecież, że kolejna kobieta Ci jej nie zszyje. Co z tego?

I tak, zdradzają.

Oczywiście, biologia, rozsiewanie genów itd aż do zupełnego upojenia się stereotypami.

A co, Drogi Mężczyzno, jeśli masz wybór po prostu? I to od Ciebie zależy? Bez względu na braki, potrzeby, niezrozumienie, nieistniejącą samoocenę, czy psychologię ewolucyjną? Nie ma na co zwalić winy? Nie ma. Możesz co najwyżej „zwalić konia” (brzydkie wyrażenie) albo „niechcący” wpaść między już rozłożone nogi chętnej, no bo jakże, kobiety tudzież pośladki mężczyzny (nie dyskryminujemy).

Bo może właśnie to jest Twoja i tylko Twoja odpowiedzialność? Nie masz spełnianych potrzeb? A co zrobiłeś żeby mieć je spełnione? Odszedłeś? Szukałeś dalej? Pracowałeś nad związkiem? Aaaa, masz niską samoocenę? Rozumiem.. A jakoś chciałeś to zmienić, bez ranienia kobiety swojego życia? Bo nie wiem przypadkiem, czy seksik bez zobowiązań, czy nawet romansik na boczku, to przypadkiem nie plasterek na gangrenę?

Może gdzieś o tzw. moralność się rozbijamy. Ja nie wiem co to znaczy. Każdy chyba ma swoją z wierzeń i przesądów ukutą. Patrzę na tych zdradzonych i zdradzających i myślę, że nie o to tu chodzi. Tylko o rany, o integralność, o odpowiedzialność. Tak, wiem, same nudne słowa, jakże niepopularne dziś dla nas, w Krainie Wiecznej Przyjemności żyjących. No cóż.

Idziemy na łatwiznę.

Twój wybór.

Dlaczego facet zdradza?

Najlepszy prezent na świecie

Życie nie rozpieszcza czasem. Daje po twarzy z plaskacza wysuwając w kaprawym uśmieszku z satysfakcją swoje dziurawe trzonówki. Znasz to, nie? (Jak nie, to ja się cieszę z Tobą bardzo). Chichra się jeszcze pod nosem z wystającymi zeń włochami. Tak ma.  Ponad trzydzieści lat temu przestałam się temu dziwić. Taka natura rzeczy.

Tak się jakoś zadziało, że mnie na pojedynek wyzwało kilka miesięcy temu. Życie. Zrzucałam zbroję i mądrości karabiny wielokrotnie. Białą flagę wyciągałam zza stanika. Poddawałam się na wszystkich frontach. A ono szydząc jeszcze, podawało mi parchawą łapę skrzecząc „Dawaj Mała, o co tam! Słabiaczku! Stawaj..”. I wstawałam. Jak wańka-wstańka chybotałam się na boki. A ono z prawego sierpowego wybijało mi z głowy nadzieję na lepsze jutro, czy choćby cywilizowaną godzinę spokoju. Tak ma. Przynajmniej moje. Życie.

I w głowie mojej te myśli, i rzeczywistość zewnętrzna poleczkę sobie tańczyły, a ja? Trwałam. Do sensu tego wszystkiego dodrapac się próbowałam. Ale pewnego pięknego popołudnia zdałam sobie sprawę, że nie ma. Nie ma sensu sensu szukać, bo go nie znajdę. Tak jest. I już. I tylko liczyć to co mam mi zostało, okej, no niewiele może. Ale liczyć zaczęłam.

Małe błogosławieństwa. Małe cuda. Małe przyjemności. Małe i wielkie rozmowy z wielkimi dla mnie ludźmi. Małe wiadomości dla mnie przeznaczone. Mikroesemesy ku radości wysłane. Wszystko w tabelkach exela zapisywałam – no dobra, mentalnych tylko, ale zawsze. I wyłoniła mi się prawda najbardziej oczywista z oczywistych. Tadam!!

Dużo prezentów dostałam. (Pewnie nawet od Ciebie, czytającego, serio, nawet tego nie wiesz). I ten najlepszy na świecie Król Prezentów – Czas i Uwaga!

Pakiecik mistrzowski.

Swój czas dając innym, dajesz to co najlepsze, najdroższe, bo bez ceny, bo bezzwrotne przecież. Jak z uważnością słuchasz kogoś, to wchodzisz w Jego świat, w Jego piękno i brzydotę też. I jesteś w nim i może czasem ciemność się rozjaśnia, a ciężar lżejszy nieco. I tak miałam. Tak dostałam – najlepszy prezent na świecie. Zwielokrotniony.

Nawet nie wiesz czasem, że dajesz. Nie ma sprawy. Dziękuję i tak. Keep on giving.

A jak nie dajesz, to zacznij. Satysfakcja osób biorących – gwarantowana.

Ja staram się, i powiem.. it feels fucking wonderful.

 

Najlepszy prezent na świecie

Siła w trawie?

Gabinet.

Siedzi uśmiechnięty i wpatruje się we mnie tym swoim psychopatycznym błękitem. Ale to tylko kolor. Za grosz w nim psychopaty.

– Miałaś rację z  trawą.

Zdania wypowiedziane tańczą oberka, czarna skrzynka uruchomiona, ale nie, nic o żadnego rodzaju trawie nie pamiętam!

– No wiesz..że mamy być jak trawa.

Teraz to już się dziwię zewnętrznie. Moje breżniewowskie brwi pełzną po czole.

– Mogą mnie deptać, w piłkę grać, srać i sikać na mnie a ja i tak się podniosę. A to wszystko jest dla mnie tylko nawozem. Robię się przez to silniejszy. I rosnę. I się rozwijam.

– Chodziło o drzewa, nie urosną do nieba jeśli korzeni w piekle nie zapuszczą. I to nie ja, tylko Jung.

– (śmieje się) No popatrz, ale chociaż tematycznie pamiętałem. Jezu, jak ten mózg działa…

– To teraz jesteś taki podeptany i obsikany?

– Przez to wszystko, co się działo. Ze mną. We mnie. Co mi życie w twarz rzuciło. Ale żyję. I rozumiem.

Milczymy wygodnie razem.

– Otworzyłaś mnie na strach.

– Otworzyłeś się.

– (znowu uśmiech) Wiedziałem, że tak powiesz. Czekaj..jak to było..”Depresja to nie śmierć. To nie koniec.”

– Dla Ciebie już nie.

Strzela błękitem znowu. Ale tym razem już zasnutym mgłą wodną. I kilka łez ucieka.

– Siedziałaś ze mną w tym gównie. Nie ubrudziłaś się za bardzo?? Teraz czuję się silny, wiesz, przez to co było chyba..

Wiem. Wiem. Bardzo wiem. I podam Ci tylko pudełko z chusteczkami. I posiedzę sobie z Twoją nową siłą. Z Tobą odmienionym. I trochę jej sobie od Ciebie wezmę, jak mi pozwolisz. I Twojej metafory będę używać, bo chyba lepsza jest od tej Dziadka Junga.

Dobrze, że ciągle tu jesteś. Wśród żywych.

I nie. Nie pobrudziłam się. A nawet gdyby tak, to wiesz, jestem jak trawa..

 

1017439_469191336502249_1980370900_n

Siła w trawie?

Utnijcie mi głowę!

Kanikuła końca dobiega. Nie żałuję. Nie chcę przeciągać. Wieczne wakacje nie dla mnie. Chcę zostać z tym poczuciem idealnego niedosytu. Bo też kilka esencjalnych prawd sobie przypomniałam. I kilka przykazań, które znam na głowę, ale ciągle, w pogoni za uciekającym czasem codzienności, zapominam. Myślę, że nie tylko ja.

Jestem zwierzęciem wielkomiastowym. Tam się urodziłam. Tam mam inspiracje. Miasto mi daje energię. To mój naturalny habitat. Ale w mieście zapominam tak łatwo o czystości zmysłów, wszystkich.

O tym jak smakować jedzenie, powoli i z czcią rozpływać się nad każdym kęsem.

O tym jak wino pierwszy raz próbowane rozpływa się rześkością.

O tym jak pachnie woda, i wiatr, i słońce na skórze.

O tym jak ciało jest mądre i wie wszystko. Sport, tak, ważny. Ale nie o takim ruchu tu mowa. O tym, jak to jest czuć pracujące mięśnie podczas pływania i nurkowania w falach. O tym jak chodzę, jak każdy krok to cud równowagi. O tym jak siedzę, i jak kręgosłup mi mówi, a czasem krzyczy – inaczej! wyprostuj się! O tym jak piecze skóra, pieszczona słońcem, aż do bólu. O tym jak płuca pracują pod wodą. O tym jak pokonuję zawiesistość słonej wody.

O tym jak natura pieści oko.

O tym jak serce mocniej bije bo zobaczyło flaminga czy papugę w dziczy.

O tym jak mogę się rozpłynąć nad niebieskością nieba i pogmerać w piasku aż do wzruszenia prostotą momentu.

O tym jak wzruszam się żywością odczuć i emocji. Bo wyłączam głowę.

Właśnie. Miasto daje mi pożywkę intelektualną, a o reszcie ja zapominam często. Bo mieszkam w głowie bardziej niż nie. Nie chcę tak już! Chcę pamiętać by żyć cała, czuć wszystko, całą sobą, rozsmakowywać się  każdym, najbardziej błahym momentem.  Dlatego wolałabym żeby mi ktoś głowę odciął, no ale podejrzewam, że jeszcze mi będzie trochę potrzebna 😉

 

20130610_130051

Utnijcie mi głowę!

Śmierć w słońcu

pobrane

Tak się zdarzyło, że podczas wakacji  musiałam się udać do lekarza. Na Costa Brava. Nic poważnego, no ale zawsze. Pozostał oczywiście problem językowy, bo tak jak łamanym hiszpańskim żarełko się zamówi, tak już u lekarza lepiej wiedzieć co się mówi, bo gesty ręczno- twarzowe nie zawsze muszą oznaczać to samo w innych kulturach. No ale tzw. traf chciał, że wylądowałam na kozetce tym razem lekarskiej, u doktora niemieckiego o szlachetnym imieniu Ludwig. Sam pan doktor wyglądał jak potężnie zbudowany Einstein z chmurą białych włosów i mówił po angielsku z napadłościami niemieckimi. Daliśmy radę. Jedynym problemem było miasto pochodzenia bo okazało się, że w moich ustach Warschau brzmi podobnie do Breslau, no ale ważne, że procedura była sukcesem.

Na tyle nam się dobrze konwersowało, że jak się bawarski doktor dowiedział czym się zawodowo zajmuję, to zaczął mi historie lokalne opowiadać. O swoich pacjentach.

O tym jak wielu przyjeżdża na Costa Brava, tych nieuleczalnie chorych, tych którzy już w ojczyznach swoich nie chcą żyć, tylko żywota chcą swojego dokonać w pięknym, słonecznym miejscu. I dokonują. I czasem to trwa kilka miesięcy, a czasem kilka lat. A on jest z nimi do końca. Opiekując się lekarsko, robiąc to co jeszcze można zrobić. I smutek ogromny w jego oczach był jak to mówił.

„Wiesz, ja przez lata pracowałem w szpitalach tam ludzie chcieli żyć. Tak się trzymali, tak walczyli. A tu? To trudne. Widziałaś tego starszego mężczyznę w poczekalni z żoną? Jemu zostało już kilka dni. On już przestał walczyć. Ona też. Chociaż przychodzi wciąż, mimo tego, że wie, że to co ostateczne nadciąga nieuchronnie. Ale chyba jest pogodzony.”

„Patrzyć na odchodzące życie chyba zawsze jest trudno, prawda?”

„Nawet nie masz pojęcia jak bardzo. Bo to nie tylko Ci się tu zjawiają, którzy są nieuleczalni chorzy. Wczoraj przywieźli mi kobietę, która połknęła tyle valium, popijając winem, że nie mógł to być przypadek. Młoda. Wysłałem ją do psychiatryka, który jest jakieś 20 km stąd. Na tyle nie chciała żyć, że czterech policjantów nie mogło jej utrzymać, wyrywała się i krzyczała tylko „Dajcie mi umrzeć, dajcie mi umrzeć!”. Angielka, w silnej depresji…Ty byś miała tu co robić. Tylu przyjeżdża tu umrzeć. A może nie wszyscy muszą..gdyby dali sobie pomóc.”

 Oj i tak na słońce i plażę i winnice i miasteczka jak z bajki padł cień dla mnie, i już trochę inaczej patrzyłam na to piękno.

Śmierć w słońcu

Offline? Serio?

Próbowałam. Boginie i bogowie świadkami. Wyemigrowałam na majówkę z dala od źródeł diabelskich internetów na wieś sielską, gdzie o internetach tylko słyszeli, w telewizorze, na pierwszym programie, jedynym, który tam czasem łapią. Zasięg komórkowy w niektórych tylko tajemniczych miejscach był. Wzięłam w swej naiwności kijka z Pleja. Tia. Brat też z lapkiem i kijkiem z T-Mobajl zawitał. Tia. Musiało to pociesznie wyglądać jak łaziliśmy po polach, żeby ten zasięg jednak znaleźć. Ale i tak łączenie się ze Wszechświatem wyglądało tak:

images1

Tajemnicze miejsca zasięgu komór jednak znaleźliśmy, oh czarne dziury łaski!

I się nieco zaniepokoiłam przecież. Uzależnienie??? Panie borzebroń! Racjonalizuję? Nooo…Jako psycholog psychoterapeuta, seksuolog do tego,  mechanizmy obronne wyczuję szybciej niż pot na ubranku schodzonym. To nie to. Ja po prostu lubię, ba, uwielbiam być „połączona”. I już.

I wiem wszystko o zagrożeniach internetu, pliiiizzz.. Że nowe zaburzenia się tworzą, że multitasking, że płytka wiedza, że koncentracja pokiereszowana, że problemy z przyswajaniem ogromu informacji – piszę o tym, mówię o tym, leczę w gabinetach z tego.

Bycie online spełnia moją (i nie tylko moją) podstawową potrzebę – komunikacji z innymi. To, że jest to podstawowa potrzeba to zaraz chór krytyków śpiew unisono zacznie. Bo to przecież potrzeba rozmnażania pierwsza i najpierwsza jest!! Ano nie! Nawiązywanie więzi to jest potrzeba najpierwsza z pierwszych. Przecież ci którzy na bezludnych wyspach lądują, (ok, wiem, że trochę niezręczny ten przykład) nie chcą się z nich wydostać bo mają tak wysokie libido, że no po prostu muszą, you know, poza tym można to załatwić metodą ręczną, nie aż tak przyjemną jak z innymi no ale zawsze coś.. Np. Tom Hanks w miernym co prawda filmie „Cast away”, narysował sobie twarz na piłce, żeby móc z kimś rozmawiać  a nie np. waginę, tak?

Chcemy być z innymi. Kontaktować się, być w społecznościach. Mniejszych lub większych. Jasne, że nic nie zastąpi kontaktów w tzw. realu, ale dla tych którzy te kontakty mają utrudnione, patrz ja, patrz godziny mojej pracy, bycie online w tym celu, jest niezastąpione.

Jakoś już mi się przelewa krytykowanie nowych technologii i straszenie nimi. Nie jestem jakąś e – wangelistką, od bogochwalstwa każdej maści trzymam się z dala. Ale internet to narzędzie, takie jak młotek na przykład, nieco bardziej skomplikowany, daa.. I jak się taki młotek dostaje w ręce niepowołane to też krzywdę sobie można nim zrobić. Ale jak się wie do czego to służy, nauczyło się nim posługiwać i używa z głową, to sam z siebie on raczej niewinny jest. Nie zacznie biec za Tobą, i bić Cię po głowie, oko wywarzać, czy jakieś inne tortury stosować.  To tylko narzędzie.

Pozwalam sobie lubować się w byciu online. Świadomie, uważnie, z głową. Tak jak w realu.

I tyle.

Offline? Serio?

Popatrz w lustro

Tak. Popatrz. Nie odwracaj głowy. Co widzisz?

Ja widzę zmarszczki mimiczne, i te niemimiczne, i rozszerzone pory, i przebijające gdzieniegdzie siwe włosy, i pełne usta od razu składające się w uśmiech, i moje szare oczy. A w nich, na dziś, głęboki spokój.

Ale to ja. A TY?

Może wzrok Ci wędruje do twoich przez siebie postrzeganych mankamentów. Może cieszysz się z zajebistych genów. A może z niesmakiem odwracasz głowę. Może.

Ale dziś popatrz sobie w oczy. Kogo tam widzisz? Może mózg nie pozwala Ci zobaczyć tego kim jesteś. Może mówi „Luzer”, „Dziwka”, „Przegrany”, „Samotna”, „Nieudacznica”. Może.

????????????????????????????????????????????????????
art by Philipp Igumnov

Spójrz jeszcze raz i przypomnij sobie co przeżyłeś.

Ja mam w swoim secie życiowym: śmierci i samobójstwa, chorobę, która potencjalnie ma mnie zabic, traumy rozstań, odejścia swoje i niemoje, złamane serce (cud, że jeszcze działa), kilka traum z dzieciństwa, kryzysy finansowe i zawodowe, dwie rany, które krwawią codziennie. Mam. Ale to ja.

A Ty?

Masz swój secik? Pewnie tak. Każdy ma. Bardziej lub mniej traumolski. Ale spytam tylko – jak Ty to robisz? Tyle przeżyłeś? Tyle wycierpiałaś? I żyjesz. I ciągle tu jesteś. I stoisz i patrzysz na siebie. A mózg śmie, Tobie, podsuwać te kłamstwa?

Ech, zobacz Siebie, naprawdę. True Survivor. Wojownik. Twardzielka z sercem na dłoni.

Jesteś zajebista. Jesteś nieprawdopodobny.

Jesteś.

Fajnie, że jesteś. Po prostu.

Popatrz w lustro

Tłumaczenie niewytłumaczalnego

Filmów jakoś nie oglądam ostatnio, bo jak zaczynam to po 15 minutach się nudzę i wyłączam. Kilka poszło do piachu na wieczne zapomnienie. Ale jeden mi serce rozjaśnił i zaciemnił. No tak. Przedstawiam Ci „Leolo”.

 

 

Chłopiec i walnięta rodzinka. No tak, trochę jak każda. Ale ta historia ma w sobie wyjątkowość. Bo chłopiec tłumaczy sobie te ich „szaleństwa” pięknym, poetyckim językiem. Takim, który łapie za serce. Tłumaczy świat, którego nie rozumie. I jak na początku wydawało mi się, że delikatnie moja dusza się nasyci tym dysonansem, to później już moja dusza chciała wyrzygac to co zobaczyła.

Niektóre sceny naprawdę przyprawiają o mdłości. Dlatego delikatnym nie polecam. Ale siłę ma ogromną, dla mnie. Bo dawno nie widziałam  pięknie opowiedzianego szaleństwa, chyba „Pająk” mnie tak dotknął.  Zdjęcia i muzyka idealnie „robią” atmosferę.

I pytania mocno mam w głowie teraz postawione.

Czy kiedykolwiek przestajesz się bać swoich oprawców?

Jak przetrwać ze swoją wrażliwością, w świecie, gdzie jest ona niepożądana?

Ech no.. piękny – niepiękny obraz. Niektórych pewnie może znudzić. Ale warto.

 

Film

Life Artist

W gabinecie już kolejny tydzień, kolejne spotkanie z nim. On w lęki ubrany. Nie ma dojścia do sedna. Gdzie dotykamy, tam mur. I tak w kółko. On wie o tym. O swojej seksualności nie może mówic. Nienawiśc do siebie mu się wylewa z każdego pora skóry. Pieszczotliwie siebie nazywa „Popieprzony pedał..”. Trochę utknięta jestem. Mówię mu o tym. „Chcesz mnie zobaczyc? Prawdziwego? Pokażę Ci, ale już tu nie wrócę”. Pokazuje na iPadzie swoje zdjęcia, które robi, siebie, i dla siebie.  I rozumiem. Łuski mojego stereotypowoterapeutycznego myślenia spadają mi w końcu z oczu. Widzę go, takiego jakim jest, a o którym on sam mówic nie potrafi. „To Ja.” Spuszcza głowę i milczymy.

Przez „głupie” zdjęcia dotykam duszy, która może standardowymi metodami nie mogłaby się odsłonic.

Kiedy indziej, u kogo innego, przez „pisanki do szuflady” docieramy do nieuświadomionych treści, i pojawiają się orgazmy, bo o seksualnośc znów chodziło niewyrażoną.

Ktoś inny pokazuje mi swój obraz mandali, i jej siła mnie zmiata z fotela. Emocjonalnego.

W takich momentach czuję, jakbym dotykała jakiegoś absolutu. Niewytłumaczalnego. Pełni człowieczeństwa. I wiem, że to są wielkie słowa, ale tak się czuję i basta!

Czy to jest sztuka? Nie znam się na ortodoksyjnych i często niezrozumiałych wytycznych i zasadach sztuki – niesztuki. Jeśli mnie dotyka w jakiś sposób. Jeśli myślę o tworzywie i nie mogę się oderwac. Jeśli twórca pokazuje siebie. To ja to biorę, bo mi to coś robi. Nawet jak żadna galeria tego nie wystawi. Jak żadne wydawnictwo tego nie kupi.

Banksy (chyba) powiedział:

(…) art should be democratic, truly a part of everybody’s life and not just another gangbang for the over privileged.

I teraz to jeszcze bardziej możliwe, dzięki technonarzędiom, które są dostępne. Bo wszyscy możemy kawałki siebie pokazac. Ważne. Inspirujące. Znamienne. Śmieszne. Smutne. Głupotki nawet.

Wszyscy artystami byc możemy, poprzez wyrażanie siebie. Może przez to trochę bardziej i głębiej żyjemy. Może dotykamy wtedy tych kawałków siebie, które inaczej skrywane i zakopane by pozostały. A teraz już nie. Otwarcie i pokazanie Siebie publicznie, mniej lub bardziej, uwiarygodnia doświadczenie.

Normalnośc? Zasady? Fuck It!

Piszesz? Pisz!

Instagramujesz? Instagramuj!

Robisz muzykę na jednej strunie gitary, albo na trzech klawiszach kibordu? Muzykuj!

Cokolwiek Ci w duszy gra! Rób to! Pokazuj się! Nigdy nie wiesz co może zainspirować innego. Co może dotknąć. Co może patrzenie na świat zmienić. Nawet jeśli jesteś przysłowiową kroplą w oceanie „tfurczości”. Może świat sztuki nie wspomni o tobie. Może do panteonu literatów się nie dostaniesz. Ale i tak to rób. Twórz. Bo po prostu możesz.

 

20130224-122113

 

ps. zdjęcie „ukradzione” ze znajomego bloga, żeby nie było…

 

Life Artist

Nie wiesz jak to jest..

Dzwoni przyjaciółka, głos drżący pyta:”Iza ty wiesz co robic z wariatami, bo widziałam się z ..” i opisuje mi swoją rozmowę ze znajomą. Diagnoz telefonicznych nie stawiam, ale wygląda na stan psychozy i to silnej. Pogadałyśmy trochę o możliwościach pomocy okrojonych niestety i się w sobie zapadłam.

Przypomniały mi się lata, kiedy stażowałam dzielnie w warszawskich szpitalach na oddziałach psychiatrycznych i widziałam jak wyglądają „wariaci”, jak spętani w swoich światach nie są w stanie wytłumaczyc nikomu co się tam dzieje. Jak strach zamyka ich na zewnętrze. Jak widzą rzeczy, których my nie. Słyszą niesłyszalne dla innych. I ranią siebie, żeby chociaż na chwilę te głosy ustały. Jak pragną ciszy, przez chwilę. Jak potwornie nieszczęśliwi są. Jak nadwrażliwi na wszystko co ich otacza, to rzeczywiste i to nieprawdziwe.

I znowu poczułam taką bezilnośc jak wtedy, kiedy nie można pomóc. Kiedy nic nie pomaga. Kiedy tylko leki, jeśli są brane, są w stanie przywrócic człowieka do powiedzmy, równowagi. Bezsilnośc wobec cierpienia.

I ich bezsilnośc, a potem wstyd czasem, za to co się robiło, pod wpływem choroby, kiedy świadomośc wraca.

Nie mogę sobie nawet wyobrazic tego ich świata, ale wiem, że jest przerażający. Bo moje własne doświadczenie to halucynacje w gorączce malarycznej, ale to przecież nie to samo.. Tu próbka, jak świat, dzień z rzeczywistości może wyglądac..

 

 

A tego pewnie jeszcze trudniej jest sobie wyobrazic – ciągła obecnośc głosu..Nienawidzącego. Wyzywającego.

(Dla „lepszego efektu” nałóż słuchawki!)

 

 

I jeszcze ten piękny „szort”, córki dla jej cierpiącego ojca, żeby inni zobaczyli tę inną rzeczywistośc, bez marginalizowania chorych i ich światów. Może ku lepszemu zrozumieniu

 

 

Nie wiesz jak to jest..